SIEĆ REGIONALNYCH OŚRODKÓW DEBATY MIĘDZYNARODOWEJ






BIULETYN INFORMACYJNY RODM TORUŃ
WIADOMOŚCI ZE ŚWIATA
LISTOPAD 2017

30.11.2017 Kryzys wyborczy w Hondurasie

Nie zakończyło się jeszcze liczenie głosów po wyborach prezydenckich w Hondurasie, a prawie cały kraj ogarnęły protesty. W wielu miejscach demonstranci postawili barykady i starli się z siłami bezpieczeństwa. Zwłaszcza w okolicy centralnej komisji wyborczej, gdzie od czterech dni trwa liczenie głosów, doszło do najintensywniejszych wydarzeń. Nic nie wskazuje, by już w pierwszej turze było wiadomo, kto będzie nową głową państwa, lecz opozycja już ogłosiło, że doszło do fałszerstwa.

Zarówno obecny prezydent Juan Orlando Hernandez, jak i jego główny rywal, Salvador Nasralla, w wywiadach telewizyjnych ogłosili swoje zwycięstwa. Przedwyborcze sondaże najpierw dawały prowadzenie Nasralli, lecz tuż przed wyborami nieznacznie na czoło wysunął się Hernandez.

Już od kilku lat Honduras zmaga się z kryzysem. Oprócz biedy i szalejącej fali przemocy, równie wielkim problemem są kartele narkotykowe. Poza tym, w 2009 r. kraj przeżył wojskowy zamach stanu, który obalił ówczesnego prezydenta, Manuela Zelayi'ę, który obecnie popiera Nasrallę.

Organizacja Państw Amerykańskich wymusiła wczoraj na obu kandydatach złożenie deklaracji, że będą respektować ostateczny wynik wyborów prezydenckich. Jednak już kilka godzin później Salvador Nasralla zerwał porozumienie argumentując, że będzie miała miejsce próba sfałszowania jego zwycięstwa. Wezwał on swoich zwolenników do wyjścia na ulicę. Przez całą noc w stolicy, Tegucigalpa, trwały niepokoje. W mieście La Ceiba zablokowano dwie główne ulice i podpalano opony.

Według najnowszych danych, po przeliczeniu 88,75% ważnie oddanych głosów, obecny centroprawicowy prezydent uzyskał wynik rzędu 42,48%, zaś lewicowy Nasralla 41,71%. Wszystko jeszcze może się wydarzyć.

29.11.2017 Egipt po terrorystycznym ataku

W piątek, 24 listopada 2017 r. miał miejsce bardzo krwawy zamach terrorystyczny w Egipcie. Celem był popularny meczet, a w wyniku ataku śmierć poniosło 305 osób. Skutkiem tego jest właśnie wydany rozkaz prezydenta Abdul Fattah al-Sisi'ego, który nakazał wojsku, przy użyciu "wszelkiej brutalnej siły", przywrócić "bezpieczeństwo i stabilność" na Półwyspie Synaj.

Jak podaje BBC, jeszcze żadna fundamentalistyczna organizacja islamska nie przyznała się do zorganizowania zamachu terrorystycznego na meczet al-Rawda w pobliżu miasta Bir al-Abed. Zdaniem egipskich władz mają istnieć dostateczne dowody na powiązania zamachu z niesławnym Państwem Islamskim. Krwawe akty przemocy na Półwyspie Synaj mają miejsce już od dłuższego czasu, i kosztowały one życie co najmniej kilkuset osób. Przyjmuje się, że Egipt znalazł się wśród celów islamskich ekstremistów w 2013 r. kiedy to władzę objął prezydent al-Sisi przy pomocy wojska. Obalił on wtedy Mohammeda Morsi'ego.

Analitycy zwracają uwagę, że ostatni zamach – jeśli potwierdzone zostaną pogłoski, że stali za nim fundamentaliści z Państwa Islamskiego – to nowy element taktyki ekstremistów. Do tej pory atakowali oni koptyjskich chrześcijan zamieszkujących Egipt lub cele, gdzie mogli znajdować się turyści, jak samolot pasażerski nad Synajem w 2015 r. Do tej pory unikano miejsc kultu, jak meczety. Ta nowa forma działalności, może być związana ze zmianą taktyki, spowodowaną utratą terytorium i wpływów w Syrii i Iraku.

Prezydent al-Sisi zapowiedział, i takie zadanie dał gen. Mohammedowi Farid Hegazy'emu, że porządek na Synaju ma zostać zaprowadzony w ciągu trzech miesięcy. Zastanawiające są słowa o użyciu "całej brutalnej siły".

Według władz, piątkowy atak na meczet wyglądał następująco: wpierw zdetonowano ładunek wybuchowy wewnątrz budynku, a następnie około 30 zamaskowanych napastników otworzyło ogień z broni maszynowej do uciekającego tłumu. Wśród zabitych jest 27 dzieci. Podano dzisiaj, że w wyniku operacji sił rządowych ma Półwyspie Synaj, zginęło 11 podejrzanych, a 6 aresztowano. Meczet był popularnym miejscem dla wyznawców sufizmu, który to uważany jest za herezję przez islamskich fundamentalistów spod znaku Państwa Islamskiego.

28.11.2017 Rozmowy w sprawie zakończenia kryzysu w Burundi

Jeszcze zanim główne strony kryzysu politycznego w Burundi przystąpiły do rozmów w Tanzanii, a już pisze się o ich zastopowaniu, czy wręcz zerwaniu. Właśnie dziś miały w tanzańskiej stolicy rozpocząć się rozmowy, między przedstawicielami głowy państwa, a polityczną opozycją. Szanse na zakończenie kryzysu pozostają niewielkie.

Dzisiejsze rozmowy miały być wznowieniem poprzednich, nieudanych. Jednakże główna formacja opozycyjna zapowiedziała, że zbojkotuje cały proces. W Burundi niepokoje trwają od kwietnia 2015 r. kiedy to partia rządząca – Conseil National Pour la Défense de la Démocratie–Forces pour la Défense de la Démocratie CNDD–FDD (Narodowa Rada na rzecz Obrony Demokracji – Siły na rzecz Obrony Demokracji) – zapowiedziała poparcie dla prezydenta Pierra Nkurunzizy w wyborach z 2015 r. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że to miała być jego trzecia kadencja, co zdaniem opozycji jest niezgodne z ustawą zasadniczą. W tle jest również umowa pokojowa kończąca wojnę domową z 2005 r. a kandydowanie Nkurunzizy miało łamać niektóre zapisy.

Nieudany zamach wojskowy gen. Godefroida Niyombare z maja 2015 r. utwierdził prezydenta w jego planie. Następnie wygrał on wybory prezydenckie, które zostały zbojkotowane przez opozycję. W konsekwencji kryzys polityczny trwa, a kosztował on już życie 700 obywateli, około 400 tysięcy zostało zmuszonych do emigracji, a gospodarka załamała się.

Sytuacja jest tak zła, że Międzynarodowy Trybunał Karny wszczął śledztwo w sprawie przypadków łamania praw człowieka poprzez takie czyny jak morderstwa, tortury i gwałty. Burundi wycofało się z prac Trybunału, jednocześnie odrzucając wszelkie oskarżenia.

Pod koniec października 2017 r. przyjęto w tym afrykańskim państwie poprawkę do ustawy zasadniczej, która w praktyce umożliwia Nkurunzizie ubiegać się o czwartą kadencję w 2020 r. – zmiana wymaga poparcia społecznego w ogólnokrajowym referendum, które zapewne będzie miało miejsce w przyszłym roku. Opozycja już podkreśliła, że wejście w życie poprawki tylko pogorszy panujący kryzys.

27.11.2017 Zimbabwe na nowej drodze

W ciągu najbliższych dni nowy prezydent Republiki Zimbabwe, Emmerson Mnangagwa sformułuje nowy gabinet. Jednocześnie władze podjęły decyzję o uznaniu dnia 21 luty, jako nowe święto, czyli corocznie obchodzony Krajowy Dzień Młodzieży Roberta Gabriela Mugabe. Wybór dnia jest nieprzypadkowy. Wtedy to, były już przywódca państwa, obchodzi swoje urodziny.

Minęło zaledwie kilka dni od historycznego momentu, gdy wieloletni przywódca Zimbabwe, Robert Gabriel Mugabe, po tym jak wojsko przejęło władzę, a obywatele masowo wychodzili na ulicę żądając ustąpienia prezydenta, zrezygnował z zajmowanego stanowiska. Sposób w jaki to uczynił zapewne zagwarantuje mu, i jego żonie Grace, życie w dostatku i bez martwienia się o przyszłość. Były prezydent ma obecnie 93 lata.

Komentatorzy podkreślają, że po tym jak wojsko skutecznie zajęło kraj, doszło do praktycznego rozwiązania struktur policji. Wielu obywateli oskarżało policjantów o nadużycia. Niestety w związku z wojskowym zamachem, zdarzają się od kilku dni przypadki przemocy w postaci grabieży i nielegalnego zajmowania gospodarstw. Wojsko już zapowiedziało utworzenie wspólnych partoli z funkcjonariuszami, w celu zapewnienia porządku w kraju, również po wycofaniu żołnierzy do koszar.

Już po zaprzysiężeniu nowego prezydenta, Emmerson Mnangagwa powiedział, że byłemu przywódcy należy się szacunek osobie, która jest fundatorem niepodległego Zimbabwe. Podczas przemowy inaugurującej, która miała miejsce 24 listopada 2017 r., E. Mnangagwa powiedział o R. Mugabe: "Dla mnie osobiście pozostaje on ojcem, mentorem, towarzyszem broni i moim przywódcą".

Jak dodaje BBC, nie ma oficjalnego potwierdzenia, by były prezydent Mugabe miał otrzymać 10 milionów dolarów amerykańskich odprawy.

Opozycja polityczna wzywa prezydenta E. Mnangagwę do utworzenia szerokiego rządu, ale istnieją obawy, że obecny przywódca państwa przejmie nawyki poprzednika i oprze nowy gabinet na dotychczasowych politykach z partii rządzącej: Afrykańskiego Narodowego Związku Zimbabwe – Frontu Patriotycznego ZANU-PF.

27.11.2017 Pielgrzymka Papieża Franciszka do Mjanmy

Rozpoczęła się pierwsza pielgrzymka Papieża Franciszka do Mjanmy, w kraju oskarżanym o czystki etniczne, którego ofiarami są muzułmanie ze wspólnoty etnicznej o nazwie Rohingya. Papież spotkał się z głównodowodzącym sił zbrojnych w tymże państwie. Generał Min Aung Hlaing zaprzeczył oskarżeniom o czystki religijne w stanie Rakhine, w którym przeprowadzana jest na szeroką skalę od kilku miesięcy kampania wojskowa.

Republika Związku Mjanmy w większości jest zdominowana przez wyznawców buddyzmu. Niewątpliwie wizyta Papieża Franciszka budzi zainteresowanie. Na powitanie go zebrały się olbrzymie tłumy. Jak podaje BBC, organizacje chroniące prawa człowieka mają nadzieję, że przywódca Kościoła Katolickiego wywrze nacisk na władze, by te powstrzymały działania skierowane przeciwko muzułmańskiej mniejszości. Oblicza się, że od sierpnia 2017 r. do sąsiedniego Bangladeszu uciec mogło nawet 600 tysięcy Rohingya.

Papież Franciszek spotkał się z liderami Republiki Związku Mjanmy: szefem sztabu gen. Min Aung Hlaing'iem oraz premier Aung San Suu Kyi. Generał zapewnił, że w państwie nie ma żadnej religijnej dyskryminacji i w tej materii panuje wolność. Następnym celem papieskiej pielgrzymki jest Bangladesz, gdzie w planie jest spotkanie z przedstawicielami własnie Rohingya. Co ważne, w Mjanmie nie używa się terminu "Rohingya", lecz "Bengalczycy", którzy mieli nielegalnie wyjechać z Bangladeszu.


Źródło: Główne grupy etniczne w Mjanmie,
https://blog.education .nationalgeographic.org /2017/ 10/02/rohingya- crisis-what-you- need-to- know/, [dostęp dn. 27.11.2017]; Map by Al Jazeera. CC-BY-SA-3.0.

Z tego powodu, zdaniem władz, nie należy ich traktować jako jednej z mniejszości. Według Bangladeszu, Rohingya nie są bengalskimi obywatelami. W zeszłym tygodniu oba państwa podpisały umowę o przekazaniu nielegalnych imigrantów, ale różne agencje poddają w wątpliwość skuteczność tejże umowy.

26.11.2017 Irlandzki kryzys polityczny

Jak podaje agencja Reutera, powołując się na słowa rzecznika prasowego rządu Irlandii, premier Leo Varadkar ma czynić, co w jego mocy, by nie dopuścić do rozpisania przedterminowych wyborów. Obecny rząd mniejszościowy znalazł się w impasie, który komplikuje i tak trudną sytuację.

Lider partii Fine Gael, Leo Varadkar ma obecnie 50 członków w 158-osobowym parlamencie – by móc skutecznie rządzić, musi mieć poparcie innej formacji. Do tej pory była nią konserwatywna Fianna Fail, posiadająca 44 miejsce w legislatywie. Sytuacja polityczna w Irlandii uległa pogorszeniu po rozpoczęciu rozmów na temat Brexitu między Wielką Brytanią, a Unią Europejską. Proeuropejska Fine Gael znalazła się w ostrym sporze z Fianna Fail. Do tego doszły doniesienia o planowanym wotum nieufności wobec wicepremier Frances Fitzgerald. W odpowiedzi Varadkar stwierdził, że w obecnej sytuacji, gdzie Irlandia będzie musiała znaleźć najlepsze rozwiązanie w trudnej sytuacji wychodzenia Wielkiej Brytanii z UE, kryzys polityczny nie jest wskazany. Perspektywą są przedterminowe wybory parlamentarne, które odbyłyby się tuż przed Bożym Narodzeniem.

Rzecznik rządu stwierdził, że premier robi wszystko, by uniknąć wcześniejszych wyborów i ma nadzieję na osiągnięcie porozumienia z Fianna Fail i jej liderem Michealem Martinem. W ciągu najbliższych dni mają się rozstrzygnąć losy obecnego rządu, ale nawet wśród członków partii premiera pojawiają się głosy o przedterminowym głosowaniu.

Obecna sytuacja w Irlandii jest bacznie obserwowana przez Europę. W dniach 14-15 grudnia 2017 r. ma odbyć się szczyt dotyczący Brexitu i ewentualnego przejścia do drugiej fazy negocjacji. Jednym z tematów, który budzi kontrowersje, jest granica miedzy Irlandią a częścią Wielkiej Brytanii, Irlandią Północną. Unijny komisarz z Irlandii, Phil Hogan stwierdził w jednym z wywiadów, że Dublin nie zawaha się skorzystać z prawa weta w przypadku niekorzystnego przebiegu rozmów, a wybory tylko skomplikują sytuację.

Ostatnie wybory miały miejsce w lutym 2016 r. i według większości sondaży poziom poparcia dla głównych partii politycznych niewiele by się zmienił. Kolejny rząd mniejszościowy byłby wielce prawdopodobny.

26.11.2017 Wybory prezydenckie w Hondurasie

Obywatele Hondurasu właśnie dziś poszli do urn, by zdecydować kto zostanie kolejnym prezydentem kraju. Wszystko wskazuje na to, że dotychczasowa głowa państwa, 49-letni lider centroprawicowej Partii Narodowej, Juan Orlando Hernandez bez problemu winien uzyskać reelekcję. Umożliwiła mu to decyzja Sądu Najwyższego z 2015 r., która znosiła ograniczenia w powtórnym ubieganiu się o najważniejszy wybieralny urząd państwowy. Obecny prezydent objął urząd w styczniu 2014 r., po wyborach z listopada 2013 r.

Prezydent Juan Orlando Hernandez znany jest ze swojego proamerykańskiego nastawienia. Przypisuje mu się zasługi związane z obniżeniem przestępczości w kraju, poprawą parametrów makroekonomicznych oraz obniżeniem deficytu. Krytycy jednak podkreślają, że statystycznie i tak Honduras należy do tych państw, gdzie akty przemocy zdarzają się najczęściej. Jest to związane z silną obecnością karteli narkotykowych. Z drugiej strony, Hernandez doskonale rozgrywa Sąd Najwyższy i prawo wyborcze, przez co trudno mówić o uczciwych wyborach. Opozycja już zapowiedziała, że nie uzna żadnych oficjalnych wyników dzisiejszego głosowania, dopóki sama nie przeliczy głosów.


Źródło: Juan Orlando Hernandez,
http://totalwar -ar.wikia. com/wiki/ File:Juan_ Orlando_ Hernandez.jpg, [dostęp dn. 26.11.2017]; Content is available under CC-BY-SA.

Obywatele, oprócz nowego prezydenta na 4-letnią kadencję, wybiorą 128 przedstawicieli jednoizbowego parlamentu, noszącego nazwę Kongresu Narodowego. Jak podkreślają komentatorzy, w dużych miastach, takich jak stolica Tegucigalpa, Hernandez nie musi martwić się o poparcie. Większość pozytywnych zmian z ostatnich lat, właśnie w miastach najmocniej odczuli. Na korzyść prezydenta jest też fakt, że opozycja jest rozbita i skłócona. Według ostatnich sondaży przedwyborczych, obecny prezydent miał 15% przewagę nad drugim, liderem szerokiej koalicji partii opozycyjnych, Salvadorem Nasrallą.

21.11.2017 Historyczny dzień w Republice Zimbabwe

Wtorek 21 listopada 2017 r. zapewne przejdzie do historii, położonej na południu kontynentu afrykańskiego Republiki Zimbabwe. Tego dnia 93-letni prezydent Robert Gabriel Mugabe zrezygnował ze stanowiska. Postkolonialne dzieje Zimbabwe były bez wątpienia związane z charyzmatyczną postacią ustępującej głowy państwa. Państwo to wchodzi w nowy etap.

Republika Zimbabwe to dawna kolonia Wielkiej Brytanii, która w czasach dominacji Londynu nosiła nazwę Rodezji Południowej, ku czci Cecila Rhodesa (twórcy brytyjskiego modelu kolonizacji południa Afryki w drugiej połowie XIX w.). W latach 1965-1980 obszar ten, zarządzany przez zwartą grupę osadników, głównie europejskiego pochodzenia, nosił nazwę Republiki Rodezji, co było związane z nieuznawaną na świecie jednostronną deklaracją niepodległości. W konsekwencji pod koniec 1979 r. Rodezja, jako jedyny obszar w Afryce powrócił do stanu kolonialnego, tylko po to, by po kilku miesiącach uzyskać pełną niepodległość jako Republika Zimbabwe.

Już u zarania niepodległego bytu państwowego dominującą pozycję na scenie politycznej zajął Afrykański Narodowy Związek Zimbabwe – Front Patriotyczny ZANU-PF, na czele którego stał charyzmatyczny lider: Robert Gabriel Mugabe. Formacja ta prezentowała wręcz komunistyczną ideologię nacechowaną sporymi wpływami maoistycznymi. Obecnie klasyfikuje się ją jako lewicowy populizm, z elementami etnopartii oraz afrykańskiego nacjonalizmu. Faktem pozostaje, że ZANU-PF posiada tzw.: żelazny elektorat, wśród członków wspólnoty etnicznej o nazwie Szona. Stanowią oni około 70% obywateli kraju. Tym samym, bez względu na poczynania partii, bądź jej lidera, poparcie dla ZANU-PF jest na stałym, wysokim poziomie, gwarantującym wyborcze zwycięstwo.

To też spowodowało, że Robert Mugabe od uzyskania niepodległości przez Zimbabwe pełnił najważniejsze urzędy w państwie. Najpierw jako premier, od 18 kwietnia 1980 r., do wprowadzenia zmian w ustawie zasadniczej skutkujących zniesieniem urzędu i wprowadzeniem systemu prezydenckiego, 31 grudnia 1987 r. Następnie jako prezydent od 31 grudnia 1987 r. – zastąpił na tym stanowisku pierwszą głowę państwa: Canaana Bananę. Z dniem dzisiejszym, 21 listopada 2017 r., Robert Mugabe przestał być głową państwa, po blisko 30 latach.

Sytuacja polityczna w Zimbabwe skomplikowała się w momencie, gdy o schedę po wciąż żyjącym prezydencie zaczęli rywalizować: pierwsza dama Grace Mugabe oraz 75-letni wiceprezydent Emmerson Mnangagwa. Zwolnienie ze stanowiska Mnangagwę dla wielu było dowodem, że naturalną sukcesorką wiekowego prezydenta będzie jego małżonka.

Ku zaskoczeniu wielu, do gry weszło wojsko, które przejęło kontrolę nad państwem i umieściło w areszcie domowym Roberta Mugabe. Przez lata prezydent budował mit założycielki Zimbabwe w oparciu o własne zasługi. Stąd olbrzymia pozycja polityczna weteranów wojennych z lat 1965-1980, którzy stanowili trzon sił zbrojnych. Armia swoje działania motywowała nie chęcią obalenia R. Mugabe, lecz walką z "kryminalistami" z otoczenia prezydenta. W tle była niechęć do Grace Mugabe i wpływy E. Mnangagwę, który przez wiele lat służył R. Mugabe oraz fakt, że sam jest weteranem.

Jeden z sekretarzy ZANU-PF, Patrick Chinamasa już zapowiedział, że zaprzysiężenie Emmersona Mnangagwy na prezydent winno nastąpić jutro lub pojutrze. Sam zainteresowany, którego miejsce pobytu jest obecnie nieznane, w opublikowanym oświadczeniu stwierdził, że chciałby aby wszyscy obywatele czynili starania podźwignięcia kraju z zapaści, w której teraz się znajduje.

Należy jednak pamiętać, że nowy prezydent należał do grona bliskich współpracowników ustępującego Roberta Gabriela Mugabe. Trudno w związku z tym stwierdzić, na ile działania Mnangagwy będą odmienne od poprzednika. Istnieje obawa, że zmiana może być kosmetyczna, a dla obywateli Zimbabwe, którzy masowo wychodzili na ulicę, by zmusić Mugabe do ustąpienia, niewiele się zmieni.



Źródło: Grace Mugabe,
http://www.khmertimeskh. com/ 5082487/ mugabe- denies- model-assault /, [dostęp dn. 21.11.2017]; A file photo shows Grace Mugabe. Wiki Commons CC BY-SA.


Źródło: Robert Gabriel Mugabe,
https:// www.contrepoints.org/ 2016/04/26/249215 -zimbabwe-les- secrets -de-la- longevite-du- pouvoir-de -mugabe, [dostęp dn. 21.11.2017]; a-birdie_Robert Mugabe(CC BY-NC 2.0).


Źródło: Emmerson Mnangagwa,
http://www. zimbabweanprogressive. com/2017/ 11/08/ exiled-former- zimbabwe- vice-president -emmerson- mnangagwa- threatens- unseat- mugabe/, [dostęp dn. 21.11.2017]; Photo credit: Wikipedia/(CC BY-SA 4.0).

20.11.2017 Sąd Najwyższy Kenii usankcjonował wybór prezydenta

Sąd Najwyższy Kenii uznał zwycięstwo dotychczasowego prezydenta Uhuru Kenyatty w powtórnych wyborach prezydenckich. Do Sądu wpłynęły dwa wnioski o uznanie za niedemokratyczny cały proces wyborczy. Opozycja powtórzone wybory zbojkotowała. Pomimo tych kontrowersji, Sąd Najwyższy uznał, że nie ma podstaw do anulowania wyników i tym samym, w przyszłym tygodniu U. Kenyatta zainauguruje drugą kadencję.

Zdaniem opozycji wyrok Sądu został ogłoszony pod przymusem obecnych władz i nie zamierza uznawać wyników powtórzonych wyników prezydenckich. Według oficjalnych danych, przy frekwencji wynoszącej 39%, obecny prezydent uzyskał poparcie na poziomie 98%.

Sytuacja polityczna w Kenii jest napięta od sierpnia 2017 r., kiedy to odbyły się wybory, następnie unieważnione przez Sąd Najwyższy. Głównymi rywalami byli prezydent Uhuru Kenyatta oraz lider opozycji Raila Odinga. Jako powód unieważnienia podano liczne nieprawidłowości. Przed powtórnymi wyborami, lider opozycji z National Super Alliance (Nasa) zapowiedział ich bojkot, w związku z brakiem działań władz zmierzającymi do naprawienia sytuacji, która stała za wcześniejszym unieważnieniem.

Od tego momentu sytuacja jest napięta. W zeszłym tygodniu, na skutek działań policji zginęło 5 członków opozycyjnej formacji Nasa, która zorganizowała w stolicy Kenii antyrządowy konwój. Sami Kenijczycy są niezwykle podzieleni. Są miasta, gdzie mieszkańcy protestują przeciwko prezydentowi, a są takie gdzie cieszy się on olbrzymim poparciem.

20.11.2017 Chile po wyborach

W dniu wczorajszym odbyły się wybory prezydenckie w Chile. Jak podaje BBC, po przeliczeniu 90% wszystkich głosów, bez wątpienia dojść musi do drugiej tury wyborów, które odbędą się 17 grudnia. Wystartują w niej: konserwatysta i były prezydent w latach 2010-2014, miliarder Sebastián Piñera (37% wg wstępnych wyników) oraz socjalista Alejandro Guillier (23% poparcia, jak podają sondaże).

We wczorajszym głosowaniu Chilijczycy wybierali swojego przyszłego prezydenta spośród ośmiu kandydatów. Obecna prezydent Michelle Bachelet, zgodnie z ustawą zasadniczą nie może ubiegać się o reelekcję, co nie znaczy, że w przyszłości ponownie nie wystartuje. Obywatele wczoraj wybierali również 155 członków niższej izby parlamentu, Izby Deputowanych, oraz połowę składu Senatu, czyli izby wyższej legislatywy.

Jeszcze przed wyborami, liderem sondaży był konserwatysta Sebastián Piñera. To właśnie on w 2010 r. kończył dwie dekady w historii Chile, w którym kandydaci lewicowi wygrywali wybory na najważniejszy urząd państwowy. Przed wczorajszym głosowaniem udało się mu zjednoczyć rozdrobnioną prawicę w koalicji Chile Vamos. Chilijska lewica natomiast jest zrzeszona w koalicji Nueva Mayoria pod kierunkiem obecnej prezydent Michelle Bachelet.

Gdyby Sebastiánowi Piñerze udało się wygrać, byłby to kolejny sukces konserwatysty w Ameryce Południowej po Brazylii, Argentynie i Peru.


Źródło: Sebastián Piñera, http://notecompro.jgm. uchile.cl/ index.php/2017/ 06/30/declaracion- patrimonio-sebastian- pinera/, [dostęp dn. 20.11.2017]; Fotografía: Patricio Alarcón bajo una licencia Creative Commons Attribution-NonCommercial-NoDerivs 2.0 Generic (CC BY-NC-ND 2.0).

20.11.2017 Problemy koalicyjne Angeli Merkel

Jak donoszą światowe agencje informacyjne, Kanclerz Republiki Federalnej Niemiec, Angela Merkel ma coraz większe problemy z uformowaniem większościowej koalicji rządowej po wyborach parlamentarnych. Od wyników ostatniego głosowania, w którym Niemcy odpowiedzieli kto ma rządzić przez następne cztery lata, minęły już prawie dwa miesiące. Żadna z partii nie zdobyła większości pozwalającej na samodzielne rządy. Jedynym wyjściem jest koalicja, która wciąż nie została zawarta.

Komentatorzy niemieckiej sceny politycznej podkreślają, że kanclerz Angela Merkel stoi obecnie przed największym wyzwaniem od 12 lat, czyli od momentu objęcia urzędu szefa rządu. Już po wyborach pisało się, że jedynym rozwiązaniem jest tzw.: "jamajska koalicja". W latach 2013-2017 na czele RFN stała "Wielka Koalicja" w składzie: Unia CDU/CSU Angeli Merkel (Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna CDU + Unia Chrześcijańsko-Społeczna w Bawarii CSU) oraz Socjaldemokratyczna Partia Niemiec SPD. Przed wrześniowymi wyborami parlamentarnymi socjaldemokraci zapowiedzieli, że nie chcą już koalicji z chadekami, przez co Angela Merkel już po wyborach musiała szukać nowych współkoalicjantów.

Wspomnianą "jamajską koalicję" miały współtworzyć takie partie jak: CDU/CSU, liberalna Wolna Partia Demokratyczna FDP oraz centrolewicowy Związek 90/Zieloni. Po czterech tygodniach rozmów, lider FDP Christian Lindner stwierdził, że ze względu na brak zaufania dalsze negocjacje koalicyjne nie mają sensu.

W tej konfiguracji politycznej dalsze wydarzenia są trudne do przewidzenia. Pojawiają się sugestie, że zaplanowane spotkanie kanclerz A. Merkel z prezydentem Frankiem-Walterem Steinmeierem mogą zakończyć się rozpisaniem nowych wyborów. Tylko głowa państwa może rozpisać nowe wybory. Do spotkania ma dojść jeszcze dziś. Sama kanclerz stwierdziła tylko, że czuje żal w związku z załamaniem się rozmów.

Jeszcze niedawno mogliśmy usłyszeć komentarze, że umowa koalicyjna jest bliska. Niespodziewanie w środku minionej nocy lider FDP w towarzystwie innych członków partii opuścił salę, w której toczyły się rozmowy i stwierdził, że dalsze negocjacje nie mają sensu: "Lepiej nie rządzić, niż źle rządzić. Żegnajcie".

18.11.2017 Kryzys na linii Bangladesz-Mjanma

Minister spraw zagranicznych Chińskiej Republiki Ludowej ChRL wezwał Republikę Związku Mjanmy oraz Ludową Republikę Bangladeszu o rozwiązanie kryzysu związanego z masowymi migracjami członków muzułmańskiej wspólnoty etnicznej Rohingya. Osoby wywodzące z tej grupy uciekają masowo z Mjanmy w związku z operacją wojskową władz przeciwko nim wymierzoną. W dużej mierze udają się do Bangladeszu. Zdaniem Chin tylko dwustronne rozmowy zakończą kryzys, o wiele szybciej i skuteczniej niż odgórnie skonstruowana inicjatywa.

Pod koniec sierpnia 2017 r. władze Mjanmy rozpoczęły zakrojoną na szeroką skalę operację wojskową wymierzoną głównie w Rohingya, w większości zamieszkujący stan Rakhine. Około 600 tysięcy osób uciekło od tego czasu do najbliżej położonego Bangladeszu. Zdaniem chińskiego ministra Wang Yi, inicjatywy Organizacji Narodów Zjednoczonych mogą tylko wesprzeć oba państwa, lecz to one same muszą wypracować sposób rozwiązania trudnej obecnie sytuacji.

Sytuacja uchodźców jest bardzo trudna, a Bangladesz należy do państw biedniejszych, stąd ciężar poradzenia sobie z obecną sytuacją jest niemożliwy. Oprócz chińskiego ministra w tym państwie byli już przedstawiciele amerykańskiego Kongresu. Wkrótce sytuację uchodźców mają na miejscu analizować przedstawiciele: Szwecji (minister spraw zagranicznych Margot Wallstrom); Unii Europejskiej (Federica Mogherini), Niemiec (minister spraw zagranicznych Sigmar Gabriel) oraz Japonii (minister spraw zagranicznych Taro Kona). Minister Wang Yi zapewnił panią premier Bagladeszu Sheikh Hasina Wajed o wszelkiej pomocy w celu rozwiązania kryzysu.

18.11.2017 Czy to koniec Roberta Mugabe?

Na dzień jutrzejszy, czyli 19 kwietnia 2017 r., zaplanowane zostało zebranie najważniejszych działaczy rządzącej nieprzerwanie od uzyskania niepodległości przez Zimbabwe w 1980 r. z rąk Wielkiej Brytanii partii politycznej: Afrykańskiego Narodowego Związku Zimbabwe – Frontu Patriotycznego ZANU-PF. Na tymże spotkaniu mają zapaść decyzje, które mogą diametralnie zmienić obraz tego południowoafrykańskiego państwa.

Od 1980 r. w Republice Zimbabwe budowano obraz rzeczywistości polegający na utożsamieniu Roberta Gabriela Mugabe z niepodległym bytem państwowym. Dla wielu członków najliczniejszej wspólnoty etnicznej zamieszkującej wyżynę zimbabweńską było oczywiste, że bez Mugabe nie byłoby niepodległego Zimbabwe. To też pozwoliło na nieprzerwane rządy tej charyzmatycznej postaci, najpierw jako premiera (gdy obowiązywał system gabinetowo-parlamentarny), a następnie jako prezydenta (po zmianach w konstytucji system przekształcono w silny prezydencjalizm). Obecnie prezydent Zimbabwe ma 93 lata i do niedawna nikt nie był w stanie zagrozić jego politycznej pozycji.

Wszystko zmieniło się, gdy o ewentualną sukcesję, jeszcze za życia Mugabe, zaczęli rywalizować: pierwsza dama Grace Mugabe oraz wiceprezydent Emmerson Mnangagwa.


Źródło: Prezydent Robert Gabriel Mugabe,
http://hrbrief.org/2015/02/ beyond-the- election- of-mugabe- as-african- union-chair/, [dostęp dn.: 18.11.2017]; by Al Jazeera English via Flickr, licensed under CC BY-SA 2.0.

Wydawało się, że małżonka wiekowego przywódcy wygrywa, zwłaszcza po zdymisjonowaniu zastępcy Mugabe. Jednak do gry weszło wojsko, które umieściło w areszcie domowym prezydenta. Jutro partia rządząca - czyli zaplecze polityczne R. Mugabe – ma zdecydować o przyszłości kraju.

Wszystko wskazuje na to, że era Mugabe przejdzie do historii. Według agencji Reutera, która powołuje się na dwa niezależne źródła w ZANU-PF, jutro ma zapaść decyzja o odsunięcia wiekowego przywódcy od funkcji lidera partii, i powołanie na to stanowisko E. Mnangagwę. W tej konfiguracji, zapewne doszłoby do zmiany na pozycji głowy państwa. Do jutra oczywiście może wszystko się zdarzyć, lecz jeśli okaże się to prawdą, to jesteśmy świadkami naprawdę historycznego wydarzenia.

Według tego samego źródła, na które powołuje się agencja Reutera, jutrzejsze spotkanie komitetu centralnego partii ma zdecydować o usunięciu Grace Mugabe z prestiżowego stanowiska szefowej Ligi Kobiet ZANU-PF.

Zaledwie 4 dni temu armia przejęła de facto władzę w kraju, ograniczając możliwość poruszania się przez prezydenta do jego rezydencji. Oficjalnie celem wojskowych jest walka z "kryminalistami", którzy znaleźli się w otoczeniu głowy państwa, a nie sam R. Mugabe.

Po tym jak wojsko przejęło kontrolę, na ulicach stolicy państwa Harare bez przerwy gromadzą się tłumy, którzy ściskają żołnierzy, tańczą i śpiewają. Niektórzy obywatele porównują obecne wydarzenia, do roku 1980, kiedy to zniesiono brytyjskie rządy kolonialnego nad tym obszarem. Mówi się wręcz o drugim wyzwoleniu Zimbabwe.

17.11.2017 Panama zrywa relacje z Tajwanem

To oświadczenie już zostało potraktowane przez Chińską Republikę Ludową jako sukces jej polityki zagranicznej. Pekin od dawna ferował tezę, że Tajwan to de facto zbuntowana prowincja chińska.

Decyzja formalnie zapadła już w czerwcu 2017 r., lecz praktyczne skutki są odczuwalne dopiero teraz. Chiny już zapewniły Panamę, że pomoże jej jeśli tego potrzebuje. Pekin poinformował o tym po rozmowach prezydentów obu państw. Już rozpoczęła się olbrzymia inwestycja na wybudowanie portu mogącego obsługiwać duże wycieczkowce.

Władze Tajwany wyraziły jedynie "żal i wściekłość" wobec deklaracji Panamy. Ich zdaniem decyzja ta jest wynikiem "dyplomatycznej gry pieniężnej" prowadzonej przez Pekin. Podczas spotkania prezydentów: Xi Jinpinga i Juana Carlosa Vareli, podpisanych zostało 19 umów handlowych oraz specjalne porozumienie o wolnym handlu.

Zarówno Chiny, jak i Tajwan, od lat prowadziły politykę poszukiwania sojuszników przy wykorzystaniu "hojnych pakietów", jako zachęt. Ostatnio jednak to Pekin, który posiada większe zasoby kapitałowe, jest w tej grze skuteczniejszy.

W wywiadzie dla chińskiej telewizji prezydent Varela powiedział, że zmiana relacji nie ma żadnego związku z "dyplomacją czekową" prowadzoną przez ChRL. Natomiast Xi Jinping pochwalił swojego panamskiego odpowiednika, za polityczną odwagę i pokazanie światu strategicznej wizji.

Intensyfikacja działań Pekinu w celu izolacji Tajwanu jest zapewne związana z nową prezydent samozwańczej Republiki Chińskiej, Tsai Ing-wen. Zdaniem Chińskiej Republiki Ludowej oficjalnie głoszona polityka dobrych relacji, to tylko zasłona dla dążeń do pełnej niezależności i uznania niepodległości Tajwanu przez społeczność międzynarodową.

17.11.2017 Rawa zajęta przez armię iracką

Jak podaje agencja Reutera, która powołuje się na źródła w armii irackiej, miasto Rawa – położone niedaleko granicy iracko-syryjskiej – zostało zajęte przez regularne siły zbrojne. Było to ostatnie miasto w Iraku, będące pod kontrolą niesławnego Państwa Islamskiego. Zdaniem Bagdadu jest to symboliczny koniec samozwańczego kalifatu, który został utworzony w 2014 r.

W oficjalnym oświadczeniu Wspólnego Dowództwa Operacyjnego, podpisanym przez gen. Abdula Ameera Rasheeda Yarallaha, możemy przeczytać, że: "Siły irackie całkowicie uwolniły Rawę i podniosły iracką flagę nad jej budynkami".

Również armia syryjska ogłosiła niedawno sukces w walce z Państwem Islamski, które nie poddaje się jednak. Ostatnio pojawiły się doniesienia, że na nowo rozgorzały walki o Albu Kamal (położone niedaleko syryjsko-irackiej granicy), oraz nie zakończyły się o obszary pustynne przy granicy tegoż miasta i okoliczne wioski.

Według większości komentatorów, klęski fundamentalistów islamskich będą skutkować wkrótce zmianą taktyki. Nie będzie ona polegała na zdobyciu i próbie utrzymania określonego terytorium, lecz na walce partyzanckiej.

Premier Iraku, Haider al-Abadi już pogratulował armii zdobycia Rawy w rekordowo szybkim czasie. Formalnie walki o ten obszar trwały tylko kilka godzin. To by sugerowało, że fundamentaliści wycofują się z obszarów, które nie są w stanie obronić, co może być dla nich korzystne w późniejszym etapie, gdyż nie tracą niepotrzebnie zasobów ludzkich.

Przyjmuje się, że lider Państwa Islamskiego, Abu Bakr al-Baghdadi ukrywa się na pustynnym pograniczu iracko-syryjskim. W ostatnim czasie terytorium kontrolowane przez islamskich fundamentalistów znacząco się skurczyło. Niewątpliwie ciosem było odbicie przez siły syryjskie i irackie dwóch najważniejszych twierdz, nieformalnych stolic: Mosulu w Iraku oraz Raqqi w Syrii.

Na uwagę zasługuje fakt, że Irak swoją ostatnią militarną ofensywę przeprowadza w dwóch kierunkach. Z jednej strony, chce ostatecznie zniszczyć Państwo Islamskie, i w tym celu korzysta z pomocy tak Iranu, jak i Stanów Zjednoczonych. Z drugiej strony, uderzyło na Kurdów, którzy niedawno na północy kraju po referendum ogłosili powstanie niepodległego państwa.

Według różnych organizacji międzynarodowych, nawet 11 milionów osób może obecnie potrzebować pomocy humanitarnej. Około 3,2 miliona uchodźców nie ma zamiaru wrócić do domów, które po latach wojny zostały często doszczętnie zniszczone.

16.11.2017 Kambodża na drodze do systemu jednopartyjnego (?)

Jak informuje nas na stronie internetowej BBC, Sąd Najwyższy Kambodży podjął decyzję o rozwiązaniu najważniejszej formacji opozycyjnej jaka istnieje w tymże państwie. Tym samym, przed wyborami parlamentarnymi zaplanowanymi na przyszły rok, partia rządząca wystartuje nie mając wyraźnego konkurenta.

Jako powód rozwiązania Cambodia National Rescue Party CNRP (Kambodżańska Partia Ocalenia Narodowego) podano rzekome planowanie obalenia rządu na drodze zamachu. Sama formacja odrzuca wszystkie oskarżenia. Faktem pozostaje, że ponad 100 członków tej formacji pozbawionych jest prawa do uczestnictwa w życiu politycznym Kambodży.

Od 32 lat premierem Kambodży jest Hun Sen, który przewodzi partii rządzącej o nazwie: Kambodżańska Partia Ludowa KPK. On sam - jak i jego zaplecze polityczne - od lat byli oskarżani o łamanie praw człowieka, lecz nigdy nie dopuszczano do sytuacji, w której opozycji zakazywano by działalności.

Co ważne, przewodniczącym składu sędziowskiego jest członek partii rządzącej. W sentencji wyroku podkreślił, że fakt nie wysłania prawników na rozprawę przez CNRP jest dowodem na działalność rewolucyjną.


Źródło: Premier Hun Sen,
https://www.cogitasia.com/ backed-by- china-hun -sen-hardly -fears- a-backlash -from -the- west/, [dostęp dn. 16.11.2017]; Source: Prachatai's flickr photostream, used under a creative commons license.

Sytuacja polityczna uległa zmianie w 2013 r., kiedy to w wyborach parlamentarnych bardzo dobry wynik uzyskali przedstawiciele CNRP. Nie ukrywali oni chęci kontynuowania krytycznych wobec władz akcji, które mogą doprowadzić do zmiany na szczytach władzy. Zwłaszcza w kontekście zbliżających się wyborów parlamentarnych.

Orzeczenie Sądu skutkować będzie m. in. odebraniem 55 mandatów parlamentarnych CNRP. Kambodżańskie Zgromadzenie Narodowe liczy obecnie 123 deputowanych. Wielu parlamentarzystów już uciekło z kraju, domagając się od społeczności międzynarodowej interwencji, w przypadku tak jaskrawego łamania demokracji i praw człowieka w Kambodży.

15.11.2017 Prezydent Libanu Michel Aoun oskarża Arabię Saudyjską

Dnia 4 listopada 2017 r. premier Libanu Saad Hariri będąc w Rijadzie, stolicy Arabii Saudyjskiej zrezygnował z zajmowanego stanowisku, w związku z rzekomym zagrożeniem dla jego zdrowia i życia ze strony Iranu oraz organizacji Hezbollah. Od tamtej pory były już premier przebywa na emigracji. Zdaniem prezydenta Michela Aouna nic nie stoi na przeszkodzie, by Hariri wrócił do kraju. Zastanawia się na ile Saudyjczycy grają tą kartą i nielegalnie przetrzymują byłego premiera. Gdyby tak było to mielibyśmy przypadek złamania praw człowieka – jak zaznaczył M. Aoun.

Według prezydenta Libanu należy zastanowić się na ile działania Rijadu należy traktować jako akt agresji przeciwko państwu libańskiemu. Jedynie na Twitterze Hariri zapewnił, że nic mu nie jest i jak najszybciej wróci do ojczyzny. Jednak w innym wystąpieniu telewizyjnym zasugerował, że ze względów bezpieczeństwa pozostanie na emigracji, co nie znaczy, że w Rijadzie. Saudyjczycy oświadczyli jedynie, że nie trzymają wbrew woli byłego libańskiego premiera, ani nie wywierali presji, by ten odszedł z zajmowanego stanowiska. Faktem jednak jest, że w świecie arabskim jesteśmy świadkami rywalizacji o wpływy między Arabią Saudyjską, a Iranem. Były premier Hariri sformułował swój rząd w 2016 r., a w jego składzie znaleźli się działacze powiązani z organizacją Hezbollah, która jest blisko związana z Teheranem, oraz przez wiele państw traktowana jako terrorystyczna.

Według prezydenta Michela Aouna nie ma takiej prawnej możliwości, by zrezygnować z tak ważnego stanowiska będąc za granicą. Tym samym, Hariri powinien powrócić do kraju i na miejscu złożyć rezygnację lub z partnerami przedyskutować tą kwestię. Według Aouna rezygnacja Hariri'ego jest prawnie niewiążąca i tym samym wciąż jest premierem, choć wydaje się, że to stanowisko nie jest już tak twardo bronione.

15.11.2017 Zimbabwe na rozdrożu

Niewielu spodziewało się takiego rozwoju wydarzeń w Republice Zimbabwe, jak ma to obecnie miejsce. Jeszcze niedawno komentatorzy zastanawiali się, czy w przypadku śmierci wiekowego 93-letniego prezydenta Roberta Gabriela Mugabe, na najwyższym stanowisku zastąpi go pierwsza dama, Grace Mugabe, czy też wiceprezydent Emmerson Mnangagwa. Teraz pojawiają się nawet głosy, że najdłużej żyjący dyktator państwa afrykańskiego, zostanie zmuszony do rezygnacji.

Już od kilku lat, w ramach rządzącej partii – Afrykańskiego Narodowego Związku Zimbabwe-Frontu Patriotycznego ZANU-PF – narastał spór o przywództwo między Grace Mugabe a Emmersonem Mnangagwą. W ostatnim jednak czasie wyraźnie rosły wpływy pierwszej damy, czego symbolem było spektakularne odwołanie ze stanowiska wiceprezydenta, który musiał udać się na przymusową emigrację do Republiki Południowej Afryki RPA.

Prezydentowi Mugabe udało się utrzymać od 1980 r. pełnię władzy, opierając się na dwóch kluczowych dla tego państwa elementach: najliczniejszej wspólnocie etnicznej żyjącej w Zimbabwe, czyli Shona, oraz weteranach wojennych z czasów Kryzysu Rodezyjskiego 1965-1980, którzy stali się źródłem kadr w wojsku w niepodległym kraju. Obecnie jesteśmy świadkami buntu wojskowych, którzy wyszli na ulicę i przejmują kontrolę. Na jego czele prawdopodobnie stoi szef armii Zimbabwe, gen. Constantino Chiwenga, bliski przyjaciel zdymisjonowanego wiceprezydenta.

Jak podaje BBC, zdaniem prezydenta RPA Jacoba Zumy, wojsko Zimbabwe podjęło decyzję o umieszczeniu w areszcie domowym w stolicy państwa Harare prezydenta R. Mugabe. Prezydent J. Zuma miał telefonicznie rozmawiać z R. Mugabe, który zapewnił, że nic mu nie jest.

Ulice stolicy są obecnie patrolowane przez wojsko, które już zajęło budynek państwowej telewizji. Jak sami podają, obecnie kierują swoje działania przeciwko "kryminalistom", cokolwiek to znaczy. Cześć dziennikarzy zastanawia się, na ile obecne kroki wojskowych to próba zastąpienia prezydenta R. Mugabe, zdymisjonowanym E. Mnangagwą. W ten sposób zatrzymana zostanie droga Grace Mugabe, jako naturalnej sukcesorki po mężu.

Wszystko zaczęło się późnym wieczorek 14 listopada 2017 r., kiedy to pojawiły się doniesienia o czołgach widzianych na rogatkach stolicy. Krótko później zajęto gmach telewizji. Wyemitowano przemówienie gen. Sibusiso Moyo, który w imieniu grupy wojskowych zaprzeczył, by doszło do zamachu stanu, a celem militarnej operacji jest zaatakowanie "kryminalistów", którzy znaleźli się w otoczeniu prezydenta. Generał zapewnił, że zdrowie i życie głowy państwa oraz jego rodziny jest zagwarantowane i nic nie grozi prezydenckiej rodzinie. Nie zostały wciąż potwierdzone informacje o strzałach, które miano słyszeć w stolicy.

Jak do tej pory tylko agencja Reutera podała, że minister finansów Ignatius Chombo, który był czołową postacią w ZANU-PF oraz sojusznikiem Grace Mugabe, został przez wojsko zatrzymany. Jedno jest pewne, to co obserwujemy to nie rewolucja przeciwko niedemokratycznym rządom, lecz walka o władzę w ramach rządzącego ZANU-PF. Co ważne, miejsce pobytu Grace Mugabe nie jest obecnie znane.

Zmiany jednak już są widoczne. Przykładowo, agencja Reutera powołuje się na słowa lidera weteranów wojennych, Chrisa Mutsvangwi, który powiedział: "To koniec bardzo bolesnego i smutnego rozdziału w historii młodego narodu, w którym dyktator, gdy się zestarzał, oddał swój dwór bandzie złodziei skupionych wokół jego żony". Świat na razie ociąga się z jasnymi opiniami na temat bieżącej sytuacji w Zimbabwe.

14.11.2017 ONZ wzywa Arabię Saudyjską do otwarcia portów w Jemenie

Jak podaje agencja Reutera, koordynator pomocy humanitarnej dla Jemenu z ramienia Organizacji Narodów Zjednoczonych, wezwał Arabię Saudyjską do odblokowania portów jemeńskich. Zagrożone życie ma być nawet miliona Jemeńczyków. Arabia Saudyjska zablokowała porty w związku z toczącą się w Jemenie wojną domową, a to właśnie drogą morską była głównie dostarczana żywność i pomoc humanitarna.

Międzynarodowa koalicja kierowana przez Saudyjczyków zdecydowała o zamknięciu przed czterema dniami wszystkich dróg morskich, lądowych i powietrznych prowadzących do Jemenu. Ma to związek z rzekomymi dostawami broni i sprzętu dla walczących z uznanym przez świat rządem centralnym rebeliantami Huti.

Koordynator pomocy humanitarnej dla Jemenu, Jamie McGoldrick powiedział, że "Mamy około 21 milionów ludzi, którzy pilnie potrzebują pomocy, z czego 7 milionów jest na granicy głodu i pilnie potrzebuje pomocy żywnościowej". Jego zdaniem, zamykanie portów przez Arabię Saudyjską utrudnia udzielanie pomocy ludziom, którzy już teraz walczą o przeżycie. Koordynator McGoldrick rozmawiał z dziennikarzami przez telefon w związku z utrudnieniami lotniczymi.

Rijad poinformował, że porty pozostaną zamknięte dopóki nie zostanie wprowadzony program weryfikacji uniemożliwiający transport broni dla Huti z Iranu, zatwierdzony przez ONZ. Teheran konsekwentnie zaprzecza zaangażowaniu w jemeńską wojnę domową sugerując jednocześnie, że za 2,5 rocznym konfliktem stoi właśnie Rijad.

Jak do tej pory agencje humanitarne z częściowym sukcesem radziły sobie z kryzysem w Jemenie. Wstępnie opanowały klęskę głodu oraz epidemię cholery, na którą zachorowało 900 tysięcy osób, a zmarło około 2,2 tysiące. Obecna blokada może zniweczyć efekty pracy różnych organizacji.

13.11.2017 Niespotykana sytuacja w Zimbabwe

Prezydent Robert Gabriel Mugabe rządzi nieprzerwanie w Zimbabwe od uzyskania niepodległości przez to państwa z rąk Wielkiej Brytanii w 1980 r. Najpierw jako premier w latach 1980-1987, a następnie obejmując najważniejszy urząd państwowy. Jednym z elementów silnej władzy był sojusz jego partii ZANU-PF (Afrykański Narodowy Związek Zimbabwe – Front Patriotyczny) z weteranami wojennymi z czasów Kryzysu Rodezyjskiego 1965-1980, którzy stanowili podstawę nowej armii niepodległego Zimbabwe.

Przez lata ten sojusz pozwalał na rozprawianie się z opozycją, członkami wspólnot etnicznych (zwłaszcza Ndebele), czy wewnętrznymi frakcjami, z którymi R. Mugabe się nie zgadzał. Niewątpliwym zaskoczeniem było wystąpienie szefa armii gen. Constantino Chiwengi, który w asyście 90 innych oficerówmzażądał zakończenia "czystki" w partii rządzącej, gdyż w innym przypadku wojsko może wkroczyć.

W samym wystąpieniu nie ma samej groźby użycia siły, lub ewentualnej możliwości przejęcia władzy. Nie ma też bezpośrednich adresatów. Faktem jest, że stanowisko generała padło tydzień po tym, jak wiceprezydent Zimbabwe, Emmerson Mnangagwa został zwolniony z zajmowanego stanowiska i zmuszono go do udania się na emigrację. Był on przez lata traktowany jako naturalny następca wiekowego (93 lata) prezydenta R. Mugabe.

Już od dłuższego czasu pisało się o walce wiceprezydenta Mnangagwy z pierwszą damą, Grace Mugabe. Zwycięzca zostałby liderem w ZANU-PF i naturalnym sukcesorem najważniejszego urzędu państwowego po ewentualnej śmierci R. Mugabe. Jak podaje BBC, G. Mugabe miała wielokrotnie nazywać byłego wiceprezydenta wężem, którego "należy trafić w głowę". W odpowiedzi E. Mnangagwa miał zarzucić prezydentowi i jego małżonce traktowanie partii jak prywatnej własności, gdzie robią co chcą. Sukces Grace Mugabe w partii zapewniła sobie głównie poparciem tzw. G40, czyli pokolenia osób poniżej 40. roku życia, którzy nie pamiętają wojny wyzwoleńczej sprzed 1980 r.

Gen. Chiwenga, który przemawiał w kwaterze głównej armii Zimbabwe, nie ukrywał, że nie będzie tolerancji dla działań skutkującej usunięciem z partii i państwa ludzi mających olbrzymi wpływ w przeszłości na odzyskanie niepodległości przez kraj. Dodał, że "jeśli chodzi o ochronę naszej rewolucji, to wojsko nie zawaha się wkroczyć".

13.11.2017 Somaliland wybiera prezydenta

Samozwańcza i nieuznawana na świecie republika Somalilandu wybiera dziś swojego prezydenta. Ponad 700 tysięcy uprawnionych wyborców może oddać głos na jednego z trzech kandydatów. Co ciekawa, cała trójka kontestuje warunki w jakich wybory się odbywają. Chodzi o zastosowanie po raz pierwszy na świecie biometrycznych zabezpieczeń opartych na zapisie tęczówki (źródło: BBC).

Do Somalilandu przybyło około 60 obserwatorów, których zadaniem jest zbadanie demokratyczności i uczciwości przebiegu całego procesu. Jedna z członkiń grupy obserwującej, z pochodzenia Zambijka, w wywiadzie stwierdziła, że zwróci specjalną uwagę na kompetencje techniczne komisji wyborczej, zwłaszcza w kontekście nowej metody zabezpieczeń.

W Afryce panuje generalnie opinia, że w przypadku zapewnienia przejrzystości całego procesu wyborczego, wraz z jego demokratycznością, Somaliland zbliży się do uznania go jako suwerennego podmiotu prawa międzynarodowego. Twór ten ogłosił niezależność po obaleniu somalijskiego dyktatora Siade Barra w 1991 r.


Źródło: http://forsal.pl/ artykuly/945716 ,somaliland -cwierc-wieku -nieuznawanej -niepodleglosci -analiza.html, [dostęp dn. 13.11.2017]; Fot. Aotearoa, CC BY-SA 3.0.

13.11.2017 Donald Trump z wizytą w Manili

Dziś miał miejsce kolejny etap azjatyckiej podróży amerykańskiego prezydenta, Donalda Trumpa. Jak donosi BBC, przywódca najpotężniejszego państwa na świecie spotkał się z prezydentem Filipin, Rodrigo Duterte. Prezydent D. Trump nazwał relacje amerykańsko-filipińskie "wspaniałym związkiem", czym podkreślił strategiczne partnerstwo obu państw.

Brytyjscy dziennikarze nie omieszkali w oficjalnym artykule podkreślić, że przed spotkaniem przywódców obu państw pojawiały się naciski, by D. Trump podczas spotkania skrytykował swojego filipińskiego odpowiednika za wciąż pojawiające się przypadki łamania praw człowieka, w tymże azjatyckim państwie. Poprzednia administracja amerykańska kierowana przez Baracka Obamę krytycznie odnosiła się do wojny jaką wypowiedział R. Duterte narkotykowym baronom. W wyniku działań strony państwowej zginąć miało nawet 4 tysiące niewinnych cywili.

Dzisiejsze spotkanie D. Trumpa oraz R. Duterte było pierwszym, w którym uczestniczyli obaj przywódcy, a miało miejsce podczas szczytu państw ASEAN (Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej). Ponieważ obaj liderzy znani są z niekonwencjonalnego języka, dziennikarzy szczególnie interesowało to, co mogłoby zostać powiedziane.


Źródło: Prezydent Rodrigo Duterte,
https://blog.prif.org/2017/06/30/ the-philippines -after -one-year-under -duterte-still -majority-support -for-killing -suspected -criminals/, [dostęp dn. 13.11.2017]; Photo: Prachatai | CC BY-NC-ND 2.0.

Samo spotkanie miało charakter prywatny, i jak podaje BBC, tuż po nim D. Trump nie odniósł się do pytań dziennikarzy, czy poruszono kwestię praw człowieka. Według rzecznika R. Duterte ten temat nie był omawiany. Rzeczniczka Białego Domu Sarah Sanders później potwierdziła, że prawa człowieka zostały poruszone, ale tylko w kontekście wojny z handlarzami narkotyków.

Od objęcia urzędu w czerwcu 2016 r. Rodrigo Duterte podjął szereg działań przeciwko największej pladze Filipin, czyli międzynarodowemu handlu narkotykami. Bezkompromisowość podjętych środków skutkowało krytyką w kontekście łamania praw człowieka. Według komentatorów, sam prezydent miał zachęcać do stosowania takiego środka jak: "pozasądowe morderstwa". W swoich wypowiedziach sugerował możliwość zabicia około 3 milionów narkomanów żyjących w państwie.

Filipiny to ostatni przystanek w azjatyckiej podróży D. Trumpa, obok Japonii, Korei Południowej, Chin i Wietnamu. Zarówno wczoraj, jak i dzisiaj, na ulicach Manili pojawili się demonstranci.

08.11.2017 Polityczne trzęsienie w Zimbabwe

Jeszcze niedawno komentarze polityczne dotyczące Zimbabwe skupiały się na kwestii ewentualnego sukcesora wiekowego już prezydenta Roberta Gabriela Mugabe. Jedni uważali, że naturalnym politycznym następcą może być dużo młodsza żona, Grace Mugabe. Inni natomiast stawiali na bliskiego współpracownika, wiceprezydenta państwa, Emmersona Mnangagwę. Sytuacja sama się rozwinęła, kiedy to prezydent zwolnił wiceprezydenta.

Niemal natychmiast pojawiły się spekulacje, że życie Emmersona Mnangagwy jest zagrożone. Dzisiaj agencja Reutera opublikowała oświadczenie przewodniczącego weteranów z czasów wojny rodezyjskiej, która doprowadziła do powstania niepodległego Zimbabwe w 1980 r., Chrisa Mutsvangwy, który zapewnił, że Mnangagwa jest bezpieczny i "bardzo szybko" uda się do Republiki Południowej Afryki RPA.

Chris Mutsvangwa jest uważany za współpracownika zwolnionego ze stanowiska byłego wiceprezydenta. Przed dziennikarzami w stolicy RPA, Johanesburgu nie ukrywał, że to właśnie Grace Mugabe stała za czystką, która z politycznej sceny zmiotła Mnangagwę i jego sojuszników. Obecnie nikt nie ma już wątpliwości, kto mógłby być następcą 93-letniego Roberta Mugabe w przypadku gdyby zmarł lub był niezdolny do pełnienia obowiązków.

08.11.2017 Libański kryzys

Jak podaje agencja Reutera, Stany Zjednoczone oraz Unia Europejska udzieliły poparcia dla władz Libanu po rezygnacji premiera Saada al-Hariri'ego, który odszedł argumentując to strachem o swoje życie. Na uwagę zasługuje fakt, że Arabia Saudyjska – sojusznik Waszyngtonu – uważa, że Liban swoimi działaniami wypowiedział Saudyjczykom wojnę.

Dla Rijadu, Liban to wróg, zwłaszcza w kontekście aktywności libańskiej grupy Hezbollah, posiadającej silne wsparcie Iranu. Formacja ta zaangażowana jest w wojnę domową w Jemenie, gdzie swoje interesy próbuje również bronić Arabia Saudyjska.

Liban przeżywa obecnie trudne chwilę. Zaledwie kilka dni temu premier Saad al-Hariri z terytorium Arabii Saudyjskiej wydał oświadczenie, w którym ogłosił rezygnację ze stanowiska. Argumentował to strachem o swoje życie. Były już premier znany był ze swoich poglądów na ściślejszą współpracę z Rijadem, co nie podobało się wpływowemu Hezbollahowi oraz Iranowi, który również walczy o wpływy w świecie arabskim.

Zresztą w samym Libanie nie milkną spekulacje dotyczące prawdziwych powodów rezygnacji al-Hariri'ego. Pojawiają się komentarze, że były już premier, a zwłaszcza jego rodzina, dorobili się fortuny w Arabii Saudyjskiej, a ostatnie czystki polityczne spowodowane przez antykorupcyjną politykę Rijadu były prawdziwym powodem rezygnacji. Władze w Rijadzie zaprzeczają takim doniesieniem, jak i plotkom o umieszczeniu al-Hariri'ego w areszcie domowym. Konsekwencją dla Libanu jest fakt, że kraj ten stał się obecnie polem rywalizacji między sunnicką Arabią Saudyjską, a szyickim Iranem.

W oświadczeniu UE możemy przeczytać, że wciąż ona wspiera rząd centralny Libanu, zwłaszcza w kontekście zaplanowanych na początku 2018 r. wyborów parlamentarnych. Państwo to jest ważne dla Unii w kontekście migracyjnego kryzysu (1,5 miliona uchodźców z Syrii) oraz dla Stanów Zjednoczonych, które modernizują tamtejszą armię, pomimo traktowania Hezbollahu jako organizacji terrorystycznej.

Zarówno prezydent Libanu, Michel Aoun, jak i przewodniczący parlamentu, Nabih Berri, nie uznali rezygnacji al-Hariri'ego – jego rząd ma wciąć istnieć. Nie odnieśli się też do tezy Saudyjczyków o wypowiedzeniu wojny Arabii Saudyjskiej przez Hezbollah i Liban.

07.11.2017 NATO zwiększy obecność swoją w Afganistanie

Jak stwierdził sekretarz generalny Paktu Północnoatlantyckiego NATO, Jens Stoltenberg, personel szkoleniowej misji w Afganistanie zostanie zwiększony o 3 000 osób. Połowa żołnierzy ma pochodzić ze Stanów Zjednoczonych, a reszta z innych państw Paktu lub jego sojuszników.

Na dzisiejszej konferencji prasowej, sekretarz J. Stoltenberg powiedział, że: "Zdecydowaliśmy się zwiększyć liczbę żołnierzy… aby pomóc Afgańczykom przełamać obecny impas". Sama decyzja ma oficjalnie zapaść podczas czwartkowego spotkania ministrów obrony państw sojuszu. Celem żołnierzy nie mają być działania bojowe, lecz wsparcie Islamskiej Republiki Afganistanu w ramach prowadzonej od 2015 r. operacji Resolute Support.

Na początku lutego 2017 r. gen. John Nicholson z armii amerykańskiej, który dowodzi 13-tysięcznym międzynarodowym kontyngentem w ramach operacji Resolute Support, wezwał do zwiększenia obecności, co znacząco wpłynęłoby na wzmocnienie moralne afgańskich sił oraz osłabiłoby islamskich fundamentalistów.

Sam prezydent Donald Trump ogłosił niedawno strategię zwiększenia obecności, którą sekretarz obrony Jim Mattis sprecyzował do 3 tysięcy żołnierzy. Ewentualne przyjęcie w czwartek rezolucji o zwiększeniu obecności z podziałem 50:50, skutkować będzie rozdzieleniem 3-tysięcznego kontyngentu amerykańskiego na misję szkoleniową oraz misję antyterrorystyczną.

07.11.2017 Trudne relacje Rijadu z Teheranem

Jak podaje agencja Reutera, saudyjski książę nazwał potwierdzone przypadki dostarczania rakiet bojownikom Huti z Jemenu przez Iran, aktem "bezpośredniej agresji militarnej". W konsekwencji ma to być traktowane przez Arabię Saudyjską jako nielegalna akcja wojenna.

Wypowiedź ta padła z ust księcia Mohammeda bin Salmana, w trakcie rozmowy z ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Borisem Johnsonem po tym, jak saudyjskie siły powietrzne przechwyciły pocisk balistyczny wystrzelony w kierunku Rijadu przez sprzymierzonych z Iranem bojowników Huti. Sytuacja jest dość trudna. Huti kontrolują znaczną część sąsiedniego Jemenu, co skutkowało zaangażowaniem sił zbrojnych Arabii Saudyjskiej w ten właśnie konflikt. W tle jest walka o wpływy w świecie arabskim między Rijadem a Teheranem. Dodatkowo Huti uzyskali wsparcie ze strony innej organizacji bliskiej Iranowi, a chodzi o libański Hezbollah.

Arabia Saudyjska w sposób zdecydowany wspiera rząd centralny, który uznawany jest przez społeczność międzynarodową. Jemeńska wojna domowa kosztowała życie ponad 10 tysięcy osób i spowodowała olbrzymi kryzys humanitarny. Oblicza się, że 7 milionów osób nie ma dostępu do żywności, a prawie milion zarażonych jest cholerą.

Iran odrzucił oskarżenia nie tylko Arabii Saudyjskiej, ale także Stanów Zjednoczonych, o destrukcyjne i prowokacyjne działania. Nazwał to oszczerstwami. W odpowiedzi na wystrzelenie rakiety z terytorium Jemenu, Rijad zdecydował o zamknięciu wszystkich portów lotniczych i morskich na Półwyspie Arabskim. Już protestują organizacje humanitarne, które zwracają uwagę na tragiczną sytuację w Jemenie.

04.11.2017 Premier Libanu podał się do dymisji

Premier Libanu, Saad al-Hariri w obawie o swoje życie, podał się do dymisji. Jak poinformował światowe agencje prasowe w specjalnym liście, swoją decyzję motywuje faktem próbą zorganizowania spisku przeciwko niemu, który miał rzekomo przygotować Iran przy współpracy z libańskim Hezbollahem.

Zdaniem Saada al-Hariri'ego zarówno Iran, jak i przez Irańczyków wspierany Hezbollah, czynią bardzo wiele złego w świecie arabskim. To właśnie za ich sprawą konflikty w tej części świata nie mogą się zakończyć.

Według komentatorów, obecny kryzys polityczny w Libanie skutkować będzie wewnętrzną walką w państwie między szyitami a sunnitami. Jednocześnie narastać będzie rywalizacja między Iranem a Arabią Saudyjską, której celem jest dominacja w świecie arabskim.

Kierownictwo rządu koalicyjnego Saad al-Hariri objął w zeszłym roku, co było uważane za zwycięstwo szyitów. Również Hezbollah był częścią tejże koalicji. Pomimo tych okoliczności, al-Hariri'ego uważano za sojusznika Arabii Saudyjskiej (sunnizm). W telewizji sugerował, że to Hezbollah stał za intensyfikacją walk w Syrii i Jemenie.

Ojciec ustępujące premiera, Rafik al-Hariri zginął w zamachu bombowym w 2005 r. obok 21 innych osób. Był on dwukrotnie premierem Libanu w katach 1992-1998 oraz 2000-2004. Obecne miejsce pobytu Saada al-Hariri'ego nie jest znane.

04.11.2017 Wizyta Donalda Trumpa w Azji

Amerykański prezydent Donald Trump rozpoczął właśnie podróż po pięciu państwach położonych we wschodniej Azji. Pierwszy przystanek znajduje się w Japonii. Celem ma być wsparcie polityczne Tokio wobec narastającego zagrożenia nuklearnego ze strony Korei Północnej. W ostatnim czasie Pjongjang przeprowadzał serię testów z użyciem broni masowego rażenia (broni jądrowej) oraz rakiet średniego i dalekiego zasięgu. Według specjalistów północnokoreański reżim jest w stanie zagrozić nie tylko terytorium Japonii, lecz także amerykańskim posiadłościom na Pacyfiku (np.: Guam czy Hawaje), a nawet stanowi Alaska.

Jak podaje agencja Reutera, cała podróż ma potrwać 12 dni. Dziś D. Trump jest na Hawajach, gdzie oddał cześć poległym podczas japońskiego ataku na Pearl Harbour w 1941 r. Już jutro amerykański przywódca ma spotkać się z dowódcami bazy lotniczej Yokota i podkreślić jak ważny jest regionalny sojusz przeciwko międzynarodowym zagrożeniom. Wydaje się, że postawa liderów Korei Północnej stanowi największe wyzwanie dla administracji Donalda Trumpa. W ostatnich dniach przeprowadzono manewry z użyciem amerykańskich bombowców strategicznych, które przeleciały nad terytorium północnokoreańskiego reżimu. To tylko zaostrzyło retorykę stosowaną przez Pjongjang.

O bliskich relacjach amerykańsko-japońskich ma świadczyć m. in. planowana partia golfa między Donaldem Trumpem, a premierem Japonii, Shinzo Abe. Do podobnego zdarzenia już doszło raz w tym roku, na Florydzie. Prezydent USA ma również spotkać się z japońską rodziną cesarską w pałacu Akasaka.

Oprócz Japonii, w planach prezydenta Trumpa są takie państwa jak Chińska Republika Ludowa, Korea Południowa, Wietnam oraz Filipiny. W Manili przywódca Ameryki będzie uczestniczyć w szczycie państw wschodnioazjatyckich. Jak sam stwierdził, będzie podczas tej podróży dużo mówić o handlu, lecz innym ważnym tematem ma być Korea Północna. Zapewne będzie przekonywał partnerów do wzmożenia presji na Pjongjang, by ten w końcu zrezygnował z chęci posiadania broni atomowej.

01.11.2017 Zamach terrorystyczny w Nowym Jorku

Jak podaje CNN, w środę 31 października 2017 r. doszło do pierwszego zamachu terrorystycznego w Nowym Jorku od czasu, gdy dwa samoloty uderzyły w wieże World Trade Center, 11 września 2001 r. Wtedy to rozpoczęła się wojna z międzynarodowym terroryzmem, którego symbolem byli i są fundamentaliści islamscy zrzeszeni w niesławnej organizacji Al-Ka'ida.

Według upublicznionych informacji, napastnikiem był 29-letni Uzbek. Prawdopodobnie nazywa się Sayfullo Habibullaevic Saipov, i został oskarżony o wynajęcie samochodu w celu użycia go jako broni przeciwko niewinnym cywilom. Napastnik miał autem wjechać w grupę rowerzystów i spowodować śmierć ośmiu osób. Do ataku doszło zaledwie kilka przecznic od miejsca, gdzie runęły dwie wieże World Trade Center.

Dziennikarze i specjaliści od międzynarodowego terroryzmu podkreślają, jak szybko nowa taktyka, polegająca na wykorzystaniu pojazdów mechanicznych jako broni przeciwko postronnym osobom, rozprzestrzeniła się wśród islamskich fundamentalistów. Ta nowa taktyka jest niezwykle prosta, i jak się okazuje skuteczna. Wystarczy jeden zamachowiec, pojazd oraz dostęp do miejsc, gdzie przebywa znaczna liczba osób. Spełnienie tych wymogów nie sprawia problemów, stąd wzrost liczby tego typu wydarzeń i powszechność występowania.

Dziennikarze z CNN podają, że od 2014 r. przeprowadzono w sumie 15 tego typu ataków na tak zwane państwa "zachodnie" – wliczając wczorajszy incydent na Manhattanie. W sumie śmierć miało ponieść, w wyniku zastosowania nowej taktyki, aż 142 osoby.

Według świadków, Uzbek miał zaatakować rowerzystów z pobudek religijnych, o czym świadczyć ma fakt wykrzykiwania w czasie incydentu znamiennych słów: "Allahu Akbar!". Oskarżony Saipov przybył do Stanów Zjednoczonych z Uzbekistanu w 2010 r.



2017

BIULETYN INFORMACYJNY RODM TORUŃ
WIADOMOŚCI ZE ŚWIATA W MIESIĄCU



2016

BIULETYN INFORMACYJNY RODM TORUŃ
WIADOMOŚCI ZE ŚWIATA W MIESIĄCU




facebook