SIEĆ REGIONALNYCH OŚRODKÓW DEBATY MIĘDZYNARODOWEJ






BIULETYN INFORMACYJNY RODM TORUŃ
WIADOMOŚCI ZE ŚWIATA
WRZESIEŃ 2019

05.09.2018 Włochy mają nowy rząd

Został właśnie zaprzysiężony nowy rząd we Włoszech. Wielu zastanawia się jednak, jak proeuropejska Partia Demokratyczna i antyestablishmentowy Ruch Pięciu Gwiazd razem wytrwają, zwłaszcza w kontekście stojących wyzwań.

Zdaniem większości komentatorów, taka koalicja rządowa we Włoszech daje nadzieję na mniejszą liczbę konfliktów z Unią Europejską. Poprzedni rząd był tworzony przez Ruch Pięciu Gwiazd oraz antyunijną i skrajnie prawicową Ligę Północną/Ligę. Wtedy główną osią sporu był budżet, tak krajowy, jak i unijny, a także polityka migracyjna.

Partia Demokratyczna objęła ministerialne teki w departamentach gospodarki, spraw europejskich, a także były premier z ramienia demokratów, Paolo Gentiloni prawdopodobnie będzie włoskim komisarzem w KE. W ten sposób, spory na linii Rzym-Bruksela mają mieć mniej nerwowy charakter.

Na czele rządu ponownie stanął Giuseppe Conte. Jest to 67. z kolei rząd we Włoszech, licząc od zakończenia drugiej wojny światowej. Zaznacza się, że w skład gabinetu weszli ludzie głównie młodzi, bez większego politycznego doświadczenia oraz wpływów.

Przed nami wszystkimi jednak głosowanie nad wotum zaufania dla nowego rządu. Głosowania w obu izbach parlamentu mają się odbyć za 4-5 dni. O ile w izbie niższej Conte powinien zwyciężyć bez większych problemów, o tyle w izbie wyższej ta przewaga jest nieznaczna. Pojawiają się głosy, że to może częściowo paraliżować jego poczynania, gdyż za każdym razem będzie musiał liczyć, czy ma odpowiednie poparcie, by przeforsować własne pomysły.

Za najważniejsze zadanie dla nowego rządu uważa się opracowanie budżetu na 2020 r. Z jednej strony, musi on pobudzić zastygłą gospodarkę. Z drugiej, politycy obiecali nie podwyższać podatków i nie obciążać bardziej domowych budżetów.

05.09.2018 „Brexitowy” chaos

„Brexit”, czyli wyjście Wielkiej Brytanii ze struktur Unii Europejskiej, to koszmar już trzeciego z kolei premiera. Ponad dwuletni okres negocjowania „umowy rozwodowej” minął, a Londyn dalej w UE jest, zaś obecny premier może wkrótce szukać nowego zajęcia.

Niewielu spodziewało się, że referendum nad „Brexitem” w 2016 r. zakończy się zwycięstwem eurosceptyków. Jednakże tak się stało, a przed rządem było trudne zadanie wynegocjowania reguł relacji UK z UE, po wyjściu z unijnych struktur. Po ponad dwóch latach od zakomunikowania o wszczęciu odpowiednich procedur występowania z Unii, umowy wciąż brak i nawet jej na horyzoncie nie widać.

Właśnie na tym przejechał się obecny premier, Boris Johnson. Ostatnie głosowania pokazały, że partyjna scena w Wielkiej Brytanii jest bardzo spolaryzowana. Nie zmienia to faktu, że establishment musi jak najszybciej zdecydować, czy znowu opóźni „Brexit”, czy wystąpienie nastąpi bez umowy, czego wielu się boi, czy też do wyjścia w ogóle nie dojdzie.
Co ciekawe, obecny konserwatywny premier stracił parlamentarną większość. W Izbie Gmin większość mają obecnie formacje opozycyjne, będące w sojuszu z wydalonymi konserwatystami, po ostatnim przegranym głosowaniu.

Parlamentarzyści przeciwni polityce Johnsona próbowali ostatnio zmusić go, do opóźnienia „Brexitu” o kolejne trzy miesiące, zamiast wychodzić z UE bez umowy, i tym poważnie zaszkodzić brytyjskiej gospodarce. Zgodnie z wcześniejszym porozumieniem z Brukselą, „Brexit” ma nastąpić 31 października 2019 r.

Wszystko to odbywa się w atmosferze wyborów, które niechybnie zostaną rozpisane – mimo, że laburzyści to rozwiązanie chwilowo zablokowali. Scena partyjna jest spolaryzowana i wydaje się, że dwie osoby będą grały pierwsze skrzypce.

Pierwsza to premier Boris Johnson, który stoi na czele Partii Konserwatywnej, który za wszelką cenę chce opuścić UE z dniem 31 października br., bez względu na to czy umowa będzie, czy też nie.

Natomiast lider Partii Pracy, Jeremy Corbyn nie ukrywa, że chciałby ponownego rozpisania referendum i pozostania w Unii Europejskiej.

03.09.2019 Eskalacja kameruńskiego konfliktu



Źródło: Czerwonym kolorem zaznaczono obszar kameruńskiego państwa z dominującym językiem angielskim,
https://en.wikipedia.org/ wiki/ Anglophone_ Crisis#/ media/ File: Map_ of_the_ Federal_ Republic_ of_Ambazonia _(claimed) .png, [dostęp dn. 03.09.2019]; Attribution-ShareAlike 4.0 International (CC BY-SA 4.0).

Wewnętrzny konflikt w Kamerunie nabiera impetu. Walczą z sobą Kameruńczycy anglojęzyczni z francuskojęzycznymi. Jest to pokłosie okresu kolonialnego i wcześniejszego podziału tegoż kraju między światowe imperia.

Narasta spór między francuskojęzyczną większością, która swobodnie kontroluje rząd centralny, a anglojęzycznymi mieszkańcami z regionów północno-zachodni i południowo-zachodni. Jak wielu podkreśla, pierwszymi ofiarami wewnętrznych konfliktów w każdym państwie są dzieci.

Anglojęzyczna mniejszość coraz częściej domaga się autonomii, czy wręcz podnoszone są hasła separatyzmu. Już od pewnego czasu, separatyści dokonują blokady terytoriów zamieszkanych w regionach niefrancuskojęzycznych. Skutkiem tego, już czwarty rok z rzędu dzieci nie mają możliwości uczęszczania do szkół powszechnych. Rok szkolny, który miał zacząć się dziś, znów nie doszedł do skutku, a szkolne ławy są puste. Większość szkół obecnie porośnięta jest trawą, zaś rodzice obawiają się wysyłania dzieci do placówek strzeżonych przez wojsko, gdyż rośnie zagrożenie ataku ze strony separatystów.

Oba wspomniane regiony są obecnie silnie zmilitaryzowane, a co jakiś czas docierają doniesienia o przypadkach starć między siłami wiernymi rządowi centralnemu a separatystami. Rebelianci stosują klasyczną taktykę partyzancką: uderz i uciekaj. Strach przed eskalacją konfliktu już skutkował migracją wielu osób z obszarów ogarniętych działaniami zbrojnymi.
Fundusz Narodów Zjednoczonych na rzecz Dzieci UNICEF podał, że około 74 placówek dydaktycznych uległo zniszczeniu w wyniku działań zbrojnych, 80% jest zamkniętych, zaś 600 tysięcy nieletnich pozbawionych zostało prawa do edukacji. Pojawiają się też oskarżenia o porwania tych, którzy nie wspierają którejś ze stron – z obu stron płyną skargi na przeciwników.
Zdaniem części komentatorów, iskrą zapalną w Kamerunie była decyzja rządu centralnego z 2016 r., o zwiększeniu liczby godzin języka francuskiego w szkołach powszechnych, a także nadanie uprzywilejowanej pozycji temuż językowi w budynkach użyteczności publicznej. Po roku protestów, i rozmieszczaniu dodatkowych sił zbrojnych w regionach, mieszkańcy chwycili za broń. Kilka tysięcy osób już zginęło, pół miliona opuściło miejsce zamieszkania, a gospodarka jest w ruinie.

Organizacje chroniące prawa człowieka zwracają uwagę na rosnącą liczbę sierot, które zasilają szeregi niezależnych formacji. „Dzieci-żołnierze” to problem, z którym społeczność międzynarodowa próbuje od lat walczyć, a niestety pojawia się w Afryce coraz częściej.

Separatyści domagają się niepodległości dla ich przyszłego państwa, które ma się nazywać Ambazonia, a które objąć ma anglojęzyczne regiony kameruńskie.

03.09.2019 Irańczycy już nie chcą rozmawiać z Amerykanami o umowie nuklearnej



Źródło: Prezydent Iranu Hassan Rouhani,
https://commons.wikimedia.org/ wiki/ File: Hassan_ Rouhani_( 2017-11-22)_ 03.jpg, [dostęp dn. 03.09.2019]; This file is licensed under the Creative Commons Attribution 4.0 International license.

Nie od dziś wiadomo, że brzemieniem na relacjach amerykańsko-irańskich, są marzenia Teheranu o byciu światowym imperium nuklearnym oraz liderem w świecie arabskim. Dla Stanów Zjednoczonych taka perspektywa jest nie do przyjęcia, głównie ze względu na bliskowschodnie interesy. Po ostatnich trudnych miesiącach wydaje się, że Teheran zmierza w kierunku wielostronnych rozmów, zamiast bilateralnych.

Podczas swego przemówienia przed parlamentarzystami, prezydent Iranu, Hassan Rouhani stwierdził, że dalsze rozmowy z Waszyngtonem odnośnie porozumienia nuklearnego nie mają sensu. Dodał jednocześnie, że Iran przystąpi do stołu rokowań z innymi ważnymi graczami, ale pod warunkiem zniesienia wszystkich dokuczliwych sankcji amerykańskich.

Obecny prezydent Stanów Zjednoczonych, Donald Trump nie wykluczył możliwości renegocjacji umowy nuklearnej z Iranem, wynegocjowanej przez jego poprzednika w 2015 r., i która została jednostronnie zerwana przez Waszyngton rok temu. Wraz z zerwaniem umowy, powróciły sankcje, które cieniem kładą się na dwustronne relacje.

Inni sygnatariusze dokumentu sprzed czterech lat: Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Chiny i Rosja, próbowały utrzymać w mocy porozumienie nuklearne, lecz siła amerykańskich sankcji, która skutkowała załamaniem eksportu irańskiej ropy naftowej, inflacją oraz walutowymi perturbacjami, spowodowała upadek tego zamysłu.

Rouhani już wcześniej sam złamał niektóre zapisy sławetnego porozumienia, jako powód podkreślając wycofanie jednej ze stron. Były też próby nacisku na Stary Kontynent, by ten poczynił kroki chroniące Iran, przed negatywnymi skutkami amerykańskiej presji.

Na zeszłotygodniowym szczycie państw G7, francuski przywódca Emmanuel Macron nie ukrywał, że chciałby utrzymać w mocy porozumienie sprzed czterech lat. Dodał jednocześnie, że kluczem do tego może być spotkanie przywódców USA i Iranu. W pewnym momencie, nawet Trump nie wykluczał spotkania, gdyż „boleć miał go los Irańczyków”. Już następnego dnia Rouhani zaznaczył, że dialog jest możliwy, lecz dopiero gdy Amerykanie zniosą sankcje wymierzone w Iran. Dziś natomiast irański prezydent w przemówieniu do członków parlamentu wykluczył możliwość spotkania. Dodał, że sankcje muszą być bezwzględnie zniesione, a Europa powinna ochronić ekonomicznie Iran.

02.09.2019 Relacje Tajwanu z Wyspami Salomona



Źródło: Premier Wysp Salomona, Manasseh Sogavare,
https://commons.wikimedia.org /wiki File: 09.26_ Manasseh_ Sogavare_ 20170926_ (cropped).jpg, [dostęp dn. 02.09.2019]; This file is licensed under the Creative Commons Attribution 2.0 Generic license.

Republika Chińska, powszechnie określana mianem Tajwanu, to wyspiarskie państwo, które ma za sąsiada potężny kraj kontynentalny, komunistyczną Chińską Republikę Ludową ChRL, ze stolicą w Pekinie. Oba kraje roszczą pretensje do tego, by być określanymi mianem przedstawicieli chińskiego narodu. Co ważne, Pekin nie uznaje Tajwanu i czyni wszystko, by inni również traktowali tenże obszar tylko za zbuntowaną chińską prowincję.

Obecnie Tajwan nie posiada wielu sojuszników. Jednym z ostatnich są Wyspy Salomona, lecz i to wkrótce może się zmienić. Wspomniane państwo właśnie ogłosiło, że zamierza utworzyć parlamentarny zespół w celu uregulowania relacji z ChRL – co oczywiste byłoby to kosztem więzi z Republiką Chińską, której zostało na świecie już tylko 16 partnerów – spora ich liczba położona jest na Pacyfiku.

Formalnie Wyspy Salomona udzieliły uznania Republice Chińskiej w 1983 r. Dla Pekinu od początku jest to problem. Czynią od lat wszystko, by odizolować Tajwan od reszty świata m. in.: poprzez skuteczną „politykę czekową” – w zamian za pożyczki, mniejsze kraje zrywają relacje z Tajwanem i zawiązują je z ChRL.

Nowy premier Wysp Salomona, Manasseh Sogavare, który objął urząd po wyborach w kwietniu 2019 r., prowadzi obecnie aktyną politykę zagraniczną. Przed planowaną wizytą w Pekinie, jego ministrowie odbyli serię spotkań z przedstawicielami innych pacyficznych państw, które mają ścisłe relacje z Pekinem. Należy spodziewać się zmiany w kursie Wysp w najbliższym czasie lub większego finansowego wsparcia Tajwanu. Już się zdarzało, że małe państwa zmieniało kurs po tym, jak dostały lepszą propozycję.

Chińska polityka w materii ograniczania Tajwanu jest skuteczna. Tylko w 2018 r., z Republiką Chińską kontakty zerwały takie państwa jak Dominikana, Salwador czy Burkina Faso.

02.09.2018 „Brexitowy” chaos

Coraz bardziej niejasna sytuacja ma obecnie miejsce w Wielkiej Brytanii. Do niedawna Pałac Westminsterski, siedziba Izby Gmin oraz Izby Lordów, była symbolem „parlamentarnego zachowania” oraz sprawnego działania. Obecnie panuje tam coraz większy chaos, a to wszystko przez „Brexit”, czyli procedurę wyjścia Wielkiej Brytanii ze struktur Unii Europejskiej.
Jak informuje dziś agencja Reutera, przed kluczowym głosowaniem w sprawie „umowy rozwodowej” między Wielką Brytanią a Unią Europejską, premier Boris Johnson musiał zastosować szantaż. Argumentem ma być możliwość rozpisania przedterminowych wyborów parlamentarnych. Co ciekawe, najbardziej oporni mają być przedstawiciele jego własnej Partii Konserwatywnej, którzy nie zgadzają się na warunki. „Umowa rozwodowa” finalizująca „Brexit”, ma ostatecznie uregulować relacje UK z UE, po wyjścia Londynu z unijnych struktur.

Obecnie dziennikarze, powołujący się na anonimowe źródła z biura Whipa (rzecznika dyscypliny partyjnej) konserwatystów brytyjskich informują, że przed członkami Izby Gmin miano postawić wybór: albo zagłosują za umową ws. „Brexitu”, albo zostaną wyrzuceni z partii, bez prawa do kandydowania z list tejże formacji politycznej. Parlamentarzystów informuje się również, że odrzucenie umowy może spowodować to, iż Izbę Gmin przejmą labourzyści kierowani przez Jeremy’ego Corbyna.

Bitwa o kształt umowy wokół „Brexitu” trwa. Zdaniem przedstawicieli opozycji obecny premier ma prowadzić kraj „do zguby” i należy zawrócić Wielką Brytanię „znad krawędzi”. Jeremy Corbyn zbiera siły przed głosowaniem, które ma mieć miejsce jeszcze w tym tygodniu. Opozycja ma obecnie dwa podstawowe cele: zmienić prawo, a w domyśle warunki „umowy rozwodowej”, lub cały rząd. Dla laburzystów najgorszym rozwiązaniem byłby „Brexit” bez umowy, a takiego rozwiązania nie wyklucza Boris Johnson.

Obecny premier objął urząd obiecując, że po blamażu z kilkukrotnym głosowaniem nad kolejnymi projektami „umowy rozwodowej” i przesunięciem terminu wyjścia UK z UE, sam „Brexit” będzie miał miejsce 31 października br., bez względu na inne okoliczności.

Z całą pewnością, planowane przez opozycję głosowanie w tym tygodniu nie ułatwi Johnsonowi wynegocjowanie akceptowalnego dla wszystkich porozumienia z Brukselą. Jednakże większość konserwatystów w Izbie wynosi tylko 1 mandat, a ewentualna przegrana w głosowaniu zapewne skończy się rozwiązaniem parlamentu i przedterminowymi wyborami.

01.09.2018 Bitwa o Kunduz

Prawdopodobnie na długo będziemy mogli zapomnieć o ewentualnym pokoju w Afganistanie. Talibowie oraz siły wierne rządowi centralnemu w Kabulu, prowadzą właśnie potężną bitwę, o strategiczne miasto na północy kraju, Kunduz. Bitwa wciąż trwa oraz rośnie liczba ofiar.

Zdaniem władz centralnych, atak na Kunduz jest prowadzony przez spore siły Talibów, którzy nacierają z czterech stron. Natarcie miało zostać spowolnienie przez silne wsparcie lotnicze udzielone siłom naziemnym. Naloty mają być prowadzone w sposób ciągły. Jednakże inne źródła podają, że zajęte stanowiska cały czas są w talibańskich rękach, którzy nie odpuszczają i kontynuują natarcie.

Dane odnośnie ofiar nie są jednoznaczne i obecnie trudno je potwierdzić. Mowa jest o jednym zamachowcu, który wysadził się w pobliżu posterunku policji miejskiej, zabijając co najmniej 10 funkcjonariuszy. Pojawiają się też informacje o śmierci 3 cywili. Liczbę zabitych napastników określa się na kilkadziesiąt, bez większych szczegółów.

W mieście nie ma prądu, a wszelka komunikacja została przecięta. Sklepy są pozamykane, a w różnych częściach miasta słychać wymianę ognia, tak z broni lekkiej, jak i ciężkiej. Talibowie podali, że główne budynki miejskie zostały rzez nich zdobyte – inne doniesienia są podawane przez Kabul, który utrzymywać ma kluczowe obszary w mieście.

Co ważne, atak na miasto ma miejsce, gdy Stany Zjednoczone prowadzą historyczne negocjacje z Talibami. Celem jest porozumienie pozwalające na wycofanie amerykańskich sił zbrojnych z Afganistanu, przy jednoczesnym zagwarantowaniu, że kraj ten nie będzie wspierał islamskiego fundamentalizmu oraz międzynarodowego terroryzmu.

Rzecznik prezydenta Afganistanu, Sediq Sediqqi skomentował dzisiejsze wydarzenia w taki oto sposób, że jego zdaniem Talibowie nie wierzą w pokój skonstruowany przez Amerykanów i dlatego prowadzą kolejne ataki na pozycje rządu centralnego. Talibowie od 2015 r. już dwukrotnie zajmowali Kunduz, a po pewnym czasie go tracili. Należy przyjąć, że obecnie trwa sprawdzanie przez Talibów siły władzy centralnej, która ma coraz mniejsze wsparcie ze strony Waszyngtonu.

01.09.2018 Starcia demonstrantów z policją w Hong Kongu

Światowe media skupiają się dziś na wydarzeniach, które miały miejsca w Hong Kongu. Już od dłuższego czasu trwają tam protesty przeciwko polityce Chińskiej Republiki Ludowej ChRL. Hong Kong ma status szerokiej autonomii, względem pozycji rządu centralnego, umiejscowionego w Pekinie.

Jak podaje BBC, policja miała w brutalny sposób spacyfikować tysiące demonstrantów, którzy maszerowali ulicami tegoż miasta. Władze informują, że zgromadzenie miało status nielegalny. Jedne z udostępnionych zdjęć, które obiegły media ukazują policję, a ta z użyciem pałek i gazu pieprzowego miała skierować się przeciwko osobom podróżującym kolejką metra.
Zdaniem funkcjonariuszy, ci interweniowali po telefonie, w którym oskarżono „radykalnych protestujących” o przemoc wobec osób niezaangażowanych w protesty. Nie ma jednak potwierdzenia, czy ranni i aresztowani byli protestującymi, czy też doszło do pacyfikacji wszystkich, którzy daną kolejką podróżowali.

W dniu wczorajszym wielu mieszkańców Hong Kongu wyszło na ulicę. Data nie była przypadkowa. Minęła właśnie piąta rocznica od wydania przez Pekin zakazu organizowania w pełni demokratycznych wyborów na terenie tegoż miasta.

Trzeba jednak przyznać, że sami protestujący nie należeli do najspokojniejszych. Wielu z nich rozpalało ogień na ulicach, obrzucało siły porządkowe specjalnie skonstruowanymi bombami zapalającymi oraz zaatakowano budynek lokalnego parlamentu. Policja natomiast użyła gazu łzawiącego, armatek wodnych oraz oddano strzały ostrzegawcze z wykorzystaniem ostrej amunicji, bez ranienia kogokolwiek.

Już od 13 tygodni w Hong Kongu nie ma spokoju. Intensyfikacja ostatnich wydarzeń jest pokłosiem serii aresztowań prodemokratycznych działaczy. Za kratki trafiło też kilku członków lokalnego parlamentu, którzy nie ukrywali sprzeciw wobec poczynać chińskich władz. Wszystko zaczęło się po upublicznieniu projektu zmian prawa, zgodnie z którym byłaby możliwość wydalenia z Hong Kongu osób podejrzanych o popełnienie przestępstwa, do Chin kontynentalnych. Wielu się obawiało, że w ten sposób Pekin mógłby pozbywać się niewygodnych działaczy prodemokratycznych i skazywać ich w oparciu o restrykcyjne prawo obowiązujących w ChRL, a nie łagodniejsze w autonomii Hong Kongu.



2019

BIULETYN INFORMACYJNY RODM TORUŃ
WIADOMOŚCI ZE ŚWIATA W MIESIĄCU



2018

BIULETYN INFORMACYJNY RODM TORUŃ
WIADOMOŚCI ZE ŚWIATA W MIESIĄCU



2017

BIULETYN INFORMACYJNY RODM TORUŃ
WIADOMOŚCI ZE ŚWIATA W MIESIĄCU



2016

BIULETYN INFORMACYJNY RODM TORUŃ
WIADOMOŚCI ZE ŚWIATA W MIESIĄCU




facebook